kolonie dla dzieci -
Urządzenia portowe były całkowicie wymysłem Kathandriona i utwierdziły mnie w mej wcześniejszej ocenie jego inteligencji. Pozwoliłam im jakiś czas gawędzić, a potem wstałam z fotela i weszłam w krąg światła lampy.
- Z niechęcią przerywam tak miłą pogawędkę, panowie - powiedziałam - ale czeka nas jeszcze sporo spraw do załatwienia przed świtem, więc zacznijmy.
Ani Arendowie, ani Murgowie nie są przyzwyczajeni, by kobiety wtrącały się do spraw wagi państwowej, więc moje nagłe wkroczenie do akcji zaskoczyło ich obu.
Murgo rzucił mi krótkie spojrzenie i jego twarz śmiertelnie pobladła.
- Ty! - wykrzyknął.
Po raz pierwszy spotkałam się z taką reakcją
na moją obecność. Przyglądałam mu się z zaciekawieniem.
- Jak udało ci się zmienić rysy, Haldonie? - zapytałam. - W najmniejszym stopniu nie przypominasz Angaraka. Czy to sprawka Ctuchika? Zmiana musiała być strasznie bolesna. , W jego spojrzeniu pojawiła się czujność.
- Wybacz, pani - powiedział, szybko odzyskując panowanie nad sobą. - Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym mówisz.
- Czy będziemy odgrywać tę nudną grę aż do jej nieuniknionego końca? - westchnęłam. - Jakież to nudne! - Mówiąc to, delikatnie badałam ciemne zakamarki umysłu fałszywego Tolnedranina. Ku swemu zaskoczeniu stwierdziłam, że najbardziej bał
kolonie dla dzieci się mojego ojca! To czyniło całą sprawę nadspodziewanie łatwą.
- Tak wiele się tu dzieje, że tego nie rozumiem - przyznał Kahandrion, sprawiając wrażenie zbitego z tropu.
- To całkiem proste, wasza miłość - powiedziałam. - Ten dżentelmen, który nazywa siebie Haldonem, naprawdę jest Murgiem, którego prawdziwego imienia nie da się pewnie wymówić. Czy to wyjaśnia sprawę?
- Ale on nie wygląda na Murga, pani.
- Tak, zauważyłam. Będziemy musieli zapytać, jak mu się udało to osiągnąć.
- Ona kłamie! - warknął Murgo.
- To wielce nieprawdopodobne - odparł Kathandrion tonem. Potem zwrócił się do mnie. - Wygląda
na to, iż znana mu jesteś, pani.
- Tak - przyznałam. - Najwyraźniej Ctuchik przestrzegł go przede mną. - Spojrzałam surowo na naszego gościa. – Obawiam się, że doszliśmy teraz do najmniej przyjemnej części tej rozmowy, wolisz powiedzieć nam od razu wszystko, co wiesz o planie swego mistrza? Czy też mam cię do tego przekonać? Powiesz mi, co wiesz, w końcu. Wybieraj, jaką metodę wolisz.
Jego oczy przybrały stanowczy wyraz i nagle przepełniła je nienawiść.
- Rób, co chcesz, czarownico - oświadczył wyzywająco. - Jestem Dagashi i wytrzymam każde męczarnie, jakie wymyślisz.
- Cieszę się, że porzuciłeś maskaradę -
stwierdziłam. - Przy obozy okazji, pozwól, że uwolnię cię od tego ukrytego pod płaszczem sztyletu. Bylibyśmy niepocieszeni, gdybyś postanowił się zabić, nie wspominając już o plamach, jakich narobiłbyś na dywanie. - Odebrałam mu sztylet. - Cóż za osobliwe narzędzie - zauważyłam, nieco marszcząc brwi. - A, rozumiem. To nóż do rzucania. Możemy kontynuować? -Wpatrywałam się bacznie w jego oczy, zbierając swoją Wolę. Przyznaję, miałam pewną przewagę w tej sytuacji. Chciałam pokazać mu obraz tego, czego bał się najbardziej, ale gdyby to nie poskutkowało, prawdziwy powód jego lęku nie był zbyt daleko. Wykonałam drobny gest prawą
ręką i uwolniłam Wolę.
Tak, wiem. Ojciec strofuje mnie za te gesty od trzydziestu wieków, a ja równie długo nic sobie z tego nie robię. To kwestia stylu. Mnie się ten podoba, więc będę tak robić.
Ci z was, którzy znają mego ojca, wiedzą, że lubi się popisywać. To nie znaczy, że nie potrafiłby przewrócić gór na lewą stronę, gdyby zechciał, ale zawsze robi wszystko z pewną ostentacją, w paradnym i kwiecistym stylu, który wywiera wielkie wrażenie. Jego twarz jest przy tym jedynie narzędziem, ale jej wyraz bardzo wiele mówi. Wierzcie mi, widywałam już wszystkie wyrazy jego
obozy -
|