hotele wrocław -
że każdy z nich zmywał dwadzieścia jeden razy na tydzień. W orgii niedbałości ciocia Pol uznała nagle za niemożliwe, by zagotować wodę nie brudząc przy tym dwóch lub trzech rondli, które Garion musiał potem starannie czyścić. Nienawidził tego i całkiem poważnie zaczął się zastanawiać nad ucieczką.
Jesień trwała i pogoda była coraz gorsza. Inne dzieci także nie wychodziły na dwór, więc położenie Gariona trochę się poprawiło. Naturalnie, Rundorig rzadko się z nimi bawił, gdyż ze względu na wzrost, nowe obowiązki powierzano mu częściej nawet niż Garionowi.
Kiedy tylko mógł, Garion wymykał się do Doroona i
Zubrette. Teraz jednak nie bawiło ich już skakanie na siano czy nie kończący się berek w stajniach i stodołach.
Osiągnęli wiek, gdy dorośli natychmiast zauważali takie j nieróbstwo i szybko wyszukiwali im jakieś zajęcia. Na ogół wiec siadali w jakimś ukrytym miejscu i zwyczajnie rozmawiali. Inaczej mówiąc, Garion i Zubrette siedzieli i słuchali nieprzerwanego potoku słów Doroona. Niewysoki ruchliwy chłopiec nie potrafił milczeć, tak samo jak nie potrafił usiedzieć spokojnie. Mógł godzinami opowiadać o kilku kroplach deszczu, bez tchu niemal wyrzucając z siebie kolejne wyrazy. Ciągle się wiercił.
- Co to za znak masz na
ręku, Garionie? - spytała pewnego deszczowego dnia Zubrette, przerywając opowieść Doroona.
Garion spojrzał na idealnie okrągłą, białą plamę na wewnętrznej stronie prawej dłoni.
- Też go zauważyłem - Doroon w pół słowa zmienił temat. - Ale Garion wychował się w kuchni. Prawda, Garionie? Pewnie oparzył się, kiedy był mały. Wiecie, wyciągną! rękę, zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać, i dotknął czegoś gorącego. Założę się, że jego ciocia naprawdę się zezłościła. Ona umie się rozzłościć szybciej niż ktokolwiek, kogo znam, i naprawdę...
- Zawsze go miałem - Garion przesunął palcem wzdłuż konturu plamy. Nigdy właściwie się jej nie
hotele wrocław przyglądał. Pokrywała całą wewnętrzną część dłoni i w pewnym oświetleniu miała jakiś srebrzysty połysk.
- Może to znamię - zasugerowała Zubrette.
- Założę się, że tak - zawołał szybko Doroon. - Widziałem kiedyś człowieka, który miał taką fioletową plamę na policzku... jednego z tych włóczęgów, którzy przyjeżdżają jesienią zbierać rzepę... w każdym razie pokrywała mu cały policzek i z początku wziąłem to za wielki siniak i myślałem że ten człowiek musiał oberwać w jakiejś okropnej bójce... w tych taborach bez przerwy się biją. Ale potem zobaczyłem, że to wcale nie siniak, tylko -
dokładnie tak, jak mówiła Zubrette - znamię. Ciekawe, z czego one się biorą.
Wieczorem, kiedy szykował się do snu, Garion podniósł do oczu dłoń.
- Ciociu Pol, co to za znak?
Spojrzała na niego, nie przerywając szczotkowania swych długich ciemnych włosów.
- Nie ma się czym przejmować - stwierdziła.
- Nie przejmuję się. Zastanawiałem się tylko, co to jest. Zubrette i Doroon myślą, że to znamię. Czy to znamię?
- Coś w tym rodzaju.
- Czy któreś z moich rodziców miało taki znak?
- Tak, ojciec. To typowe dla twojego rodu.
Garionowi przyszła do głowy niezwykła myśl. Nie wiedząc właściwie, dlaczego to
robi, dotknął znamieniem białego pasma na czole cioci.
- Czy to coś podobnego do tego białego miejsca na twoich włosach? - zapytał.
Poczuł niezwykłe mrowienie w ręce i zdawało mu się, że ktoś otworzył okno w jego umyśle. Z początku była to tylko świadomość nieprzeliczonych lat, płynących niby ogromne morze ciężkich chmur. Potem, ostrzejszy od noża, ból powtarzanej w nieskończoność straty, żalu. Później, bliżej jakby, jego własna twarz, a za nią inne, stare i młode, królewskie i zupełnie zwyczajne; a jeszcze dalej, już nie głupkowate, jakie bywało czasami, oblicze pana Wilka. Najsilniejsze jednak było wrażenie
-
|