kolonie dla dzieci -
maniery, w czym bardzo przypominał mego drogiego przyjaciela Kamiona z Wyspy Wiatrów.
Moja rezydencja wywarła na nim stosowne wrażenie, miał też dość zdrowego rozsądku, aby zaprzyjaźnić się z następcami krewnych Killane. Co więcej, jego entuzjazm dla róż niemal dorównywał memu. Rozmowa z nim była rozkoszą, jego improwizowane koncerty na lutni - często przy tym śpiewał aksamitnym barytonem - wzruszały mnie do łez, a jego zdolność do pojmowania zawiłych zagadnień filozoficznych ciągle mnie zdumiewała.
Przyłapałam się na tym, że w myślach Ontrose stawał się dla mnie kimś więcej niż przyjacielem. Wówczas wkroczyła matka.
- Polgardo
- usłyszałam pewnej nocy jej głos - to nie jest stosowne.
- Co nie jest stosowne?
- Twoja rosnąca namiętność. To nie jest mężczyzna dla ciebie - Ta dziedzina twego życia jest nadal odległą przyszłością.
- Nie, matko, nie jest. To, co nazywasz „tą dziedziną mego życia” nadejdzie wtedy, gdy uznam, że na to czas, i ani ty, ani nikt inny nic na to nie będzie w stanie poradzić. Mam już dość słuchania innych to jest moje życie i przeżyję je tak, jak uznam za stosowne.
- Próbowałam ci oszczędzić wielu strapień.
- Nie kłopocz kolonie
dla dzieci się, matko. A teraz, jeśli pozwolisz, chciałabym się trochę przespać.
-Jak sobie życzysz, Pol - odparła i zaraz uczucie jej obecności mnie opuściło.
No cóż, oczywiście zachowałam się niegrzecznie. Zdałam sobie z tego sprawę, nim jeszcze skończyłam mówić. Do tego typu konfrontacji staje każdy, jednakże zwykle zdarza się to nieco wcześniej. Rano było mi wstyd, a z czasem coraz bardziej żałowałam swej dziecinnej reakcji. Obecność matki zawsze była zasadniczym elementem mego życia, a głupim wybuchem wzniosłam pomiędzy nami mur, którego rozbicie zajęło całe lata.
Nie chciałam spłycać tego, co czułam do hrabiego
Ontrose, nazywając to namiętnością. Muszę jednak przyznać, że życie prywatne odciągało moją uwagę od kwestii politycznych. W Asturii drugi Garteon został zastąpiony przez trzeciego. Garteon ten był jeszcze większym nicponiem niż jego ojciec i dziadek, a wrogość kierował głównie przeciwko Wacune. Dość oczywiste było, że Wacune i Erat łączą ścisłe więzy. Ród Orimanów najwyraźniej uznał, że moje księstwo nie przetrwa bez wsparcia Wacune. Niechęć Asturian do mnie osobiście łatwo było zrozumieć, jej korzenie sięgały zapewne jeszcze czasów księcia Nerasina. W końcu ukarałam dla przykładu sporą liczbę asturiańskich książąt w ciągu stuleci.
Jednakże obozy asturiańscy Arendowie przegapili fakt, iż wielu wacuńskich i mimbrackich Arendów równie stanowczo przywoływałam do porządku. Asturianie woleli traktować mnie jak dziedzicznego wroga, który czai się w cieniu, wyczekując okazji, by pokrzyżować wszystkie ich spiski.
Wydarzenia, do których w końcu doszło w północnej Arendii, spowodowane były głównie tym, że książę Moratham z Mimbre był już dobrze po osiemdziesiątce. Jego tak zwani doradcy nie mieli żadnych skrupułów. A ponieważ zgrzybiały Moratham podpisywał wszystko, co mu podsuwali, w rzeczywistości to oni władali Mimbre. Garteton z Asturii dostrzegł w tym szansę dla siebie i,
mówiąc bez ogródek, zaczął skupować mimbrackich szlachciców na pęczki.
Powinnam zwrócić na to baczniejszą uwagę. Ogromna część cierpienia, jakiego doznałam z powodu wydarzeń w Wacune, płynęła stąd iż przynajmniej po części było to moją winą.
Spotkanie Rady Arendów w 2940 było spokojne, a nawet nudne. Moratham większość czasu przespał i nie działo się nic na tyle podniecającego, żeby obudzić. Zaproponowałabym ustanowienie regencji, ale jedyny pozostały przy życiu syn Morathama nie był odpowiedni do przejęcia władzy. Bardzo poważnie podchodził do swych przywilejów, ale niewiele robił sobie z obowiązków. Po naszym powrocie do Vo Wacune
obozy -
|