kontajnery -
który okazał się należeć do Arthura Weasleya. Objuczony bagażami, pojawił się moment później przy furtce na podwórze, prowadząc u swego boku piękną, ubraną w długą, zieloną szatę jasnowłosą kobietę, zapewne madame Delacour.
- Maman! - zawołała Fleur, biegnąc w stronę rodzicielki. - Papa!
Monsieur Delacour nie był ani trochę tak atrakcyjny, jak jego żona. Prawdę powiedziawszy, był od niej o całą głowę niższy i strasznie krępy, a jego dobroduszną twarz zdobiła mała, spiczasta bródka. Jednak wyglądał na pogodnego i zadowolonego. Podskakując lekko w butach na grubej podeszwie, podszedł do pani Weasley, i
ucałował ją serdecznie w oba policzki, co zaowocowało głębokim rumieńcem na twarzy kobiety.
- Fleur mówiła nam, że 'ardzo ciężko 'ani praco'ała przy organizasji tego wydarzenia - powiedział basem.
- Och, to nic! Naprawdę! - zaświergotała pani Weasley - Żaden kłopot!
W tym samym czasie Ron dał upust emocjom, kopiąc gnoma, który bezczelnie wyglądał zza jednej z nowych donic trzepotki.
Drroga pani! - zwrócił się do niej monsieur Delacour, wciąż ściskając jej dłoń. - Jesteśmy zaszczysenii, że nasze dwie rrodziny wstępują w unię poprzez ślub naszych pocich! Pani pozwoli, że przedstawię swo'ą
żonę, Apollinę.
.Madame Delacour wysunęła się na przód, by przywitać panią Weasley równie serdecznie, co jej mąż.
- Enchantée - powiedziała. - Pani mąż opowiadał mi 'spaniałe 'istorie!
Arthur Weasley zaśmiał się na te słowa nerwowo, lecz gdy jego żona rzuciła mu karcące spojrzenie, umilkł natychmiast, przybierając minę, jaką obdarza się ciężko chorego przyjaciela.
- Oczywiście poznaliście już naszą malitką córkę, Gabrielle - ni to spytał, ni to oznajmił monsieur Delacour.
Gabrielle była miniaturową, jedenastoletnią wersją Fleur o równie pięknych i długich, srebrzystych włosach, co jej siostra. Dziewczynka uścisnęła panią Weasley, obdarzyła
ją kontajnery oszałamiającym uśmiechem i trzepocząc rzęsami, spojrzała zachwycona na Harry'ego. Widząc to, Ginny odchrząknęła głośno.
- Zapraszam do środka! - oznajmiła radośnie pani Weasley, wskazując Delacourom kierunek.
Rodzina Fleur, jak się wkrótce okazało, była bardzo miła i pomocna przy wszelkich przygotowaniach. Monsieur Delacour określał wszystko, począwszy od rozkładu miejsc przy stole, po buty dla druhny jako "Charmant!", a madame Delacour okazała się być niezastąpiona w kwestii domowych zaklęć, co pokazała, czyszcząc piekarnik z prędkością myśli. Gabrielle stała się cieniem swojej siostry, chodząc za nią wszędzie i próbując pomóc w czym tylko
można było, paplając przy tym wesoło po francusku.
Olbrzymim minusem całej sytuacji był fakt, że Nora nie była projektowana dla takiej ilości gości. Państwo Weasley spali teraz na kanapie w dużym pokoju, ponieważ po dość zajadłej dyskusji z rodzicami Fleur przekonali ich, że to oni, jako goście powinni zająć sypialnię. Gabrielle i Fleur ulokowały się w starym pokoju Percy'ego, a Bill dzielił sypialnię z Charliem, swoim drużbą.
W takiej sytuacji wszelkie okazje do wspólnego planowania wyprawy przestały zwyczajnie istnieć, a aktem desperacji ze strony Harry'ego, Rona i Hermiony było zgłoszenie się na
ochotnika do karmienia kur. Wszystko po to, by choć na chwilę uciec z zatłoczonego domu.
- Ona nadal nie chce nas zostawić w spokoju! - prychnął Ron, gdy ich druga próba spotkania na podwórzu została zakłócona przez panią Weasley, która akurat teraz szła rozwiesić pranie.
- O! Nakarmiliście kurczaki. To dobrze - zawołała, podchodząc do nich. - Niech lepiej będą zamknięte, jak jutro przyjadą ludzie... rozbić namiot weselny - mówiąc to, zrobiła pauzę i oparła się o kurnik. Wyglądała na wyczerpaną. - "Magiczne Markizy Millamanta"... Są bardzo dobrzy. Bill będzie ich pilnować.
-
|